
Ten wpis powstał równolegle z pierwszym odcinkiem podcastu „Pandora i Kwiaty”.
Jest opowieścią o tym, co zostaje, gdy puszka Pandory jest już otwarta.
https://spotifycreators-web.app.link/e/wqT9uHAOl0b
https://studio.youtube.com/video/t_8C9gEVvAc/edit
Od momentu, w którym dowiedziałam się, że choruję na raka, wróciłam do czytania.
A może raczej — zaczęłam czytać inaczej.
Sięgałam po książki o sensie życia, o przemijaniu, o duszy, o tym, co jest poza ciałem. O życiu po śmierci, o podświadomości, o traumach zapisanych w ciele. Choroba sprawiła, że tematy, które wcześniej były intelektualną ciekawością, stały się osobistym pytaniem o sens.
Równolegle rozmawiałam z innymi pacjentami.
Nie jako specjalistka. Nie jako obserwatorka.
Jako jedna z nich.
Siedzieliśmy w tych samych poczekalniach, przechodziliśmy przez to samo leczenie. Rozmawialiśmy o życiu, o stresach, o wydarzeniach, które — jak mówili — poprzedziły chorobę. O tym, jak bardzo ciało pamięta to, czego często nie chcemy już pamiętać my sami.
Ale moja puszka Pandory została otwarta dużo wcześniej.
Nie w momencie diagnozy nowotworu.
Została uchylona w chwili, gdy dowiedziałam się o niepełnosprawności mojego syna.
To był moment, w którym świat — ten znany, przewidywalny — pękł.
Pojawił się lęk o przyszłość, pytania bez odpowiedzi, konieczność redefinicji wszystkiego: marzeń, planów, oczekiwań. Od tamtej pory nauczyłam się żyć w rzeczywistości, w której nic nie jest dane raz na zawsze.
Choroba nowotworowa była kolejnym otwarciem tej samej puszki.
Jakby życie mówiło: sprawdźmy, ile jeszcze uniesiesz.
Był moment skrajnego wyczerpania, w którym zapytałam męża, czy w moim życiu wydarzy się jeszcze coś dobrego. Czy to wszystko w ogóle ma sens — skoro całe życie polega na walce, adaptacji, naprawianiu i uczeniu się życia na nowo.
I wtedy pojawiła się myśl:
Siedzę na puszce Pandory.
Dopiero później wróciłam do samego mitu. Do historii o tym, że z puszki wydostały się wszystkie choroby, cierpienia, troski — ale na samym dnie została nadzieja.
Rozmawiając z innymi rodzicami dzieci z niepełnosprawnościami, z pacjentami onkologicznymi, z ludźmi po stratach, zrozumiałam jedno:
cierpienia nie da się porównywać.
Każde ma swoją wagę, swój kształt i swój czas.
Puszka Pandory nie ma dna.
Ale obok niej — i to jest dla mnie najważniejsze odkrycie — zawsze coś rośnie.
To rosnąca w rodzicu siła, której nigdy nie planował mieć.
To nowy sposób kochania, patrzenia, bycia uważnym.
To zmiana definicji szczęścia.
Na dnie puszki zostaje nadzieja.
Ale kwiaty nie rosną w środku.
One wyrastają wokół — pomimo tego, że nieszczęścia wciąż się powielają, wracają, zmieniają formę.
I o tych kwiatach właśnie chcę opowiadać.
Jeśli czyjesz się poruszony lub czujesz napięcie w ciele, to naturalne.
Nie wszystko wymaga natychmiastowej odpowiedzi.
Czasem wystarczy zatrzymać się, wziąć spokojny wydech i pozwolić, żeby to, co się pojawiło, wybrzmiało we własnym tempie.
Kasia Mydlarz