„Leczenie się zakończyło… ale tak naprawdę ten etap po jest naprawdę, naprawdę trudny.”
– księżna Kate (Catherine, księżna Walii)
Gdy przeczytałam te słowa, coś we mnie drgnęło. Nie dlatego, że powiedziała je znana osoba. Dlatego, że ktoś w końcu nazwał to, co czuję – to, o czym się nie mówi, gdy już jesteś po leczeniu. To, co zostaje z nami – kobietami, pacjentkami, osobami po przejściach – długo po ostatnim zastrzyku, ostatniej kroplówce, ostatnim naświetlaniu, ostatnim badaniu.
Bo leczenie rzeczywiście się skończyło. Ale to nie znaczy, że wróciłam do „normalności”. Właściwie – już nie wiem, co to znaczy „normalnie żyć”.
Co się dzieje po?
Z zewnątrz wygląda to prosto. Diagnoza – leczenie – remisja. Kropka. Ludzie oddychają z ulgą, mówią: „najgorsze już za Tobą”, „teraz wracasz do życia”, „będzie już tylko lepiej”.
Ale wewnątrz? Tam toczy się zupełnie inna historia.
Ciało nie wraca od razu do formy. Hormony, skutki uboczne, blizny – te widoczne i te ukryte. I jeszcze większe zmiany zachodzą w głowie. Bo jak wrócić do życia, które już nie istnieje? Jak być sobą, skoro wszystko się zmieniło?
Rollercoaster emocji
Księżna Kate opisała ten czas jako „emocjonalny rollercoaster”. I ja się z tym całkowicie zgadzam.
Są dni, kiedy czuję wdzięczność – że żyję, że mogę czuć wiatr na skórze, patrzeć na zachód słońca, być z bliskimi. Ale są też dni, kiedy wszystko we mnie krzyczy. Kiedy boję się przyszłości. Kiedy moje ciało jest mi obce. Kiedy zmęczenie rozlewa się po kościach, a umysł nie chce już analizować wyników, badań. Nie ma ochoty słuchać też tego co w około, u innych. Chce spokoju, który jest ale jakby go nie było.
Niektórzy myślą, że emocje kończą się wraz z ostatnią dawką chemioterapii. Tymczasem dopiero po niej zaczyna się prawdziwa konfrontacja – z tym, co się wydarzyło, z tym, co się zmieniło i z tym, czego już nie będzie.
Samotność po leczeniu
Księżna powiedziała też coś, co bardzo do mnie trafiło:
„Nie jesteś już pod opieką zespołu medycznego, ale nie jesteś też w stanie normalnie funkcjonować w domu.”
To zdanie jest jak lustro. Bo właśnie tak się czuję – zawieszona między „pacjentką” a „zwykłą kobietą”. Już nie muszę chodzić na chemię. Ale jeszcze nie jestem gotowa wrócić do życia takiego, jak wcześniej. Ba, nie jestem nawet pewna, czy chcę wracać.
Z jednej strony ulga, że mam to za sobą. Z drugiej – tęsknota za tym dziwnym poczuciem „opieki”, jakie dawał kontakt z lekarzami, pielęgniarkami, systemem. Teraz zostałam z hormonoterapią, skutkami ubocznymi, niewidzialnym ciężarem i pytaniami bez odpowiedzi.
Gdzie jest przestrzeń na rozmowę?
To, czego najbardziej mi brakowało po zakończeniu leczenia, to miejsce, gdzie można mówić prawdę. Bez maski. Bez presji, że mam być wdzięczna, silna, zmotywowana. Chciałam po prostu mieć prawo powiedzieć: „nie jestem gotowa”. „Boje się”. „Nie wiem, co dalej”.
I wtedy właśnie przeczytałam wypowiedź księżnej Kate. Ta jedna osoba, tak bardzo „z innego świata”, a jednak – tak bliska w tym doświadczeniu. Pokazała mi, że to, co czuję, jest prawdziwe i ważne. Że nie jestem w tym sama.
Nowa ja – czy na pewno lepsza?
Dużo mówi się o tym, jak choroba zmienia człowieka. Czasem słyszę: „teraz pewnie bardziej doceniasz życie”, „jesteś silniejsza”. Tak, być może. Ale czy to znaczy, że cierpienie było „potrzebne”? Że mam się z niego cieszyć?
Nie. Nie jestem wdzięczna za chorobę. Jestem wdzięczna, że mimo choroby – wciąż tu jestem.
A „nowa ja”? Jeszcze ją poznaję. Czasem lubię ją bardziej – jest bardziej czuła, uważna, mniej zabiegana. Czasem czuję za nią smutek – bo została odarta z resztek naiwności, z poczucia, że wszystko będzie dobrze. Jak nigdy wiem, że zawsze może być gorzej. I ta myśl wpędza mnie w kolejne rozdarcie pomiędzy lękiem, a wdzięcznością.
Co teraz?
Uczę się być tu, gdzie jestem. Nie wczoraj – kiedy walczyłam. Nie jutro – kiedy może przyjdzie strach przed nawrotem. Tu. Dziś. Z herbatą w dłoni. Z hormonami w żyłach. Z nową wrażliwością, nowym rytmem, nowym zrozumieniem.
Czasem potrzebuję pobyć sama. Czasem – napisać. Czasem – przeczytać słowa kogoś, kto wie, jak to jest.
Dlatego piszę ten tekst – dla siebie i dla Ciebie. Jeśli też jesteś w tym miejscu „po” – wiesz, że to nie koniec. Ale też – że wcale nie musi to być najgorszy etap. Może być etapem… prawdziwego życia. Bez presji. Bez pośpiechu. Z prawdą i łagodnością.
Jeśli czytasz to i jesteś w trakcie leczenia albo tuż po – chcę Ci powiedzieć jedno:
Nie musisz być silna. Masz prawo być zmęczona, zagubiona, niedoskonała. Masz prawo do swoich emocji, ciała, lęków i pragnień. Masz prawo żyć po swojemu. Nawet jeśli to życie wygląda zupełnie inaczej, niż planowałaś.