Miało być porównanie systemów edukacji specjalnej w Polsce i w Irlandii, a będzie o szczęściu. Mamy długi tydzień. To taki kiedy mój mąż siedzi 5 dni po 12 godzin w domu, a ja ogarniam sama dom i Stasia. W zasadzie ogarnięcie domu nie jest skomplikowane po tych kilku latach ale nadal trudne. Umilając sobie nasze długie spacery tą samą trasą tysięczny raz rozmyślam i słucham audioobooków. Nie namówię syna na zmianę kierunku to chociaż zmieniam głos i treść w słuchawce.
No i tak słuchając i rozmyślając dzisiaj, uświadomiłam sobię, a w zasadzie przypomniałam, że szczęście to tylko chwile, ulotne jak motyle. Wpisałam nawet w wyszukiwarkę frazę “piosenka, szczęście, motyle” i okazuje się, że piosenek nawiazujących do metafory było sporo;) Czyli można powiedzieć śmiało, że szczęście jest czymś tymczasowym, ulotnym, potrzebnym ale niemożliwym do utrzymania na stałe. Mija. I identycznie jest z nieszczęściem. Mija, nie może utrzymywać się zawsze, może trwać określony lub nieokreślony czas ale minie. Jak w wierszu Wisławy Szymborskiej “Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś – a więc musisz minąć. Miniesz – a więc to jest piękne.” I w tym momencie pojawia się dla mnie szczęście codzienności, które nie ma nic wspólnego z euforią i fajerwerkami. To akceptacja pomimo wszystko i nadzieja… pomimo wszystko. To szukanie szczęścia pomimo nieszczęścia i patrzenia na dobre rzeczy tu i teraz, dostrzegając piękne szczegóły nawet jeśli tło jest przygnębiąjąco szare.
To prawda, że trudno jest zaakceptować wiele nieszczęść w życiu człowieka. Jeśłi nie dotyczą nas samych to często przechodzimy obok nich obojętnie, z chwilowym współczuciem lub pogardą i akceptujemy ten stan rzeczy u innych. Jeśli natomiast nas spotka tragedia, która zmienia całe dotychczasowe życie, to jak to zaakceptować? No poprostu. Życie takie jest. Zaakceptowanie, że złe rzeczy się poprostu przydażają i zawsze może być gorzej lub lepiej. Fakt, że źli ludzie chodzą po ziemi, nawet jeśli w przeszłości można było zapobiec temu by takimi się stali nie zmienia ich samych. Nie daje bezpieczeństwa i nie chroni przed krzywdą, którą mogą wyrządzić. Zaakceptowanie, że natura robi psikusy i rodzą się chore dzieci. Jak to zaakceptować? Po prostu. Dla wielu to nierealne. Walczą do końca i czasami ze spektakularnymi efektami. Ale to walka wymagająca ogromnej energii i jak każda walka niesie ze sobą ofiary. Ofiarą walki w życiu jesteśmy często my sami. Nasze zdrowie, relacje, finanse. I po latach większość zdaje sobie sprawę, że nie było warto. Trzeba było zaakceptować i się cieszyć tym co było. Bo przecież zawsze jest coś dobrego. Każdy z nas wybiera na czym się koncentruje.
Edith Eger w swoich książkach “Wybór” i “Dar” mówi o tym, że nadzieja to akt odwagi. Ja rozumiem nadzieje jako odwagę zarówno do walki jak i akceptacji. Bo choć odwaga by walczyć jest oczywista to akceptacja by zostać w trudnej sytuacji i budować wartościowe i szczęśliwe życie też jest odwagą. Najłatwiej jest uciec w używki, pracę, telewizję, scroolowanie, ciągłe wynajdywanie sobie zadań, religię, samorozwój. Tylko gdzie jest granica między ulgą a ucieczką…..przed samym sobą, przed emocjami, przed tym co trudne. Myśle, że wtedy kiedy nasze działanie wynika z nadzieji właśnie. Kiedy jest składową realizacji planu dobre życie a nie tylko chwilową potrzebą, zachcianką i kiedy odróżniamy i zdajemy sobię sprawę z motywów. Nadzieja na lepsze życie to jet wybór, który powinien motywować nasze działania.
Działania tu teraz, czyli akceptacja czego zmienić nie możnai to co zminić można. Przeczekanie i jednoczesne działanie.
Rodzice dzieci niepełnosprawnych żyją z nadzieją na lepsze jutro póki walczą. Niestety często ta walka w większym lub mniejszym stopniu okazuje się walką z wiatrakami. Wielu ograniczeń nie można od tak znieść ani odzyskać utraconych możliwości. Poszukiwania sensu w samej chorobie dziecka nie dają rezultatu bo po co choroba dziecku i jego rodzinie? Żeby się czegoś nauczyli? To czemu się nie uczą zbrodniarze i i ich rodziny? Na te pytania nie ma konstruktywnej odpowiedzi i nie będzie. To co jest konstruktywne to odpowiedź na pytanie co ja mogę zrobić dla siebie by czuć się lepiej. Co ja mogę zrobić dla siebie, żeby nie zwariować? Co mogę zrobić żeby odnawiać swoje siły? W którą stronę patrzeć żeby widzieć słońce, skoro tak gdzie patrze teraz go nie ma? Szukać odpowiedzi, akceptować i patrzeć nie tylko na motyle ale na trawę w około również.
Nie znajdziemy lekarstwa na wiele chorób, wiele terapii daje więcej bólu niż daje efektów. Terminów do lekarzy nie przyspieszymy, mamy ograniczony wpływ na pracę urzędników i osoby zasiadające w komisjach i często, nawet jeśli byćmy dysponowali ogromnymi funduszami to nie uzdrowimy dziecka. Tkwienie w rozpaczy czy samobójczej walce też nic nie pomoże. Ale już nauczenie się jak cieszyć się ładną pogodą czy kubkiem z kawą albo spacerem czy wyjściem do fryzjera już tak. Nie wszyscy to potrafią. Nie każdy się rodzi z takimi predyspozycjami. Nie każdy miał taki przykład jako dziecko. Ale można się szczęścia nauczyć, poprzez praktykę i próbowanie.
Kubiek kawy, bukiet kwiatów, spacer po parku, medytacja na balkonie, kilka stron ksiązki, rysowanie, malowanie paznokci, telefon do koleżanki, prace w ogrodzie, podlewanie kwiatów, głasaknie kota, spacer z psem, komedia w telewizji. Te i wiele innych rzeczy można zrobić po to by poczuć się lepiej, by poczuć się szczęśliwym.